Judges

Professional JournalistsBeginner JournalistsAll articles Professional Journalists

18 Jan

Karolina Słowik (Poland)
Gazeta Wyborcza, 15.10.2015

Nasza Swieta dostała Nobla

8 października 2015, Mińsk, noblistka Swietłana Aleksijewicz rozmawia z dziennikarzami po konferencji prasowej w redakcji opozycyjnej

8 października 2015, Mińsk, noblistka Swietłana Aleksijewicz rozmawia z dziennikarzami po konferencji prasowej w redakcji opozycyjnej "Naszej Niwy" (FOT. VASILY FEDOSENKO / REUTERS)

Swietłana Aleksijewicz: Dzwonili mieszkańcy Isłaczy. Płakali do słuchawki: "Oj, to przecież u nas, w naszej wiosce". Nie wiedzą, co z tym zrobić, jak to przeżyć. Sama nie wiem. Ale wszystkim nam potrzebne takie święto

 

Do duszy nam się dokopała

- Ja nie mam czasu, pani wybaczy. Zaraz synek z pracy wraca, a obiadu jeszcze nie ma - rzuca przez ramię. - Dostała?! Dzisiaj? Nasza Swieta! Oj, pani poczeka, muszę zadzwonić. Halo, synku! Po drodze tort kup i kwiaty. Tak, nasza Swieta dostała Nobla! - mówi do słuchawki. - No pewnie, że ją znam. Gdy wyjechała w świat, jej siostrzenica Natasza mieszkała u mnie, jak rodzona córka! Bo ona wzięła Nataszę do siebie, gdy jej siostra umarła. Teraz Natasza już wyszła za mąż. Zawsze, jak coś trzeba, to sobie pomagamy.Chwilę po tym, gdy w Sztokholmie Sara Danius wyszła do dziennikarzy zza białych, pozłacanych drzwi i ogłosiła werdykt Akademii Szwedzkiej, w Mińsku, w kawiarni na prospekcie Niezależności, nie było poruszenia. Nikt nawet nie drgnął. Z fotela wstał tylko Paul Moss. Przyjechał do Mińska relacjonować wybory prezydenckie dla BBC, ale musiał zmienić plany. Miał mało czasu na zebranie materiału: 15 minut do wejścia na żywo. Krążył energicznie po sali. Podchodził do stolików i pytał: "Co sądzicie o Swietłanie Aleksijewicz?". Chętnie odpowiadali goście z Wielkiej Brytanii, Norwegii, Finlandii. Ale Moss chciał rozmawiać z Białorusinami. A w tym miejscu trudno o nich. Tu białoruskie draniki, placki ziemniaczane, aż po 75 tysięcy białoruskich rubli. Trzy razy drożej niż w jadłodajni Lido po drugiej stronie ulicy.
Trafił w końcu na białoruski stolik. - A kim jest ta Aleksijewicz? Wygrała w dziedzinie medycyny? - dopytywała Katia, komorniczka z Grodna, przyjechała do stolicy na szkolenie. - A gdzie można dostać jej książki? - to towarzysz Katii, też komornik. - Nie znam tego nazwiska - rzuciła kelnerka.
Są jednak w Mińsku tacy, którzy ją znają. Żeby ich spotkać, trzeba zejść z głównego prospektu i iść nad rzekę. Aleksijewicz w latach 80. kupiła mieszkanie tam, gdzie szeroko rozlewa się Świsłocz. Wielki biały moloch ma 12 pięter i kilometr długości. Okna i zabudowane balkony zwrócone są do rzeki. Czysto, ani papierka. Chodnik odkurza zwykły wiejski traktor z zamontowaną wielką okrągłą szczotą. Właśnie przejechał obok salonu Bentleya, który jest na parterze. Obok antykwariat. - Kogo pani szuka? A kim jest? Ach tak, pisarka, czytałam jej książkę o Czarnobylu. Często jeździmy z mężem do Moskwy. On nie odpuści żadnych targów książki - mówi właścicielka w intensywnie niebieskim płaszczu i ze świecącymi klipsami. - Tam jej książki są na każdym kiermaszu. Tutaj nie widziałam. Może leżą w magazynach, ale nikt ich nie promuje. Przy wielkiej betonowej bramie na podwórze stoją opatulone w chusty dwie starsze kobiety. Niosą zakupy z targu, pora na obiad. - Nie wie pani, która brama? Pani po numerach sprawdzi. Ja mam numer 380 i muszę z pół kilometra iść tym podwórkiem. Nie, nazwiska nie znamy. Noblistka? Nie, nikogo tu się nie zna, mieszkamy jak w mrowisku. Żelazne drzwi z małym wąskim okienkiem, zardzewiały domofon. Nikt nie odpowiada. Pewnie noblistka wsiadła już w taksówkę i jedzie na konferencję prasową do opozycyjnej gazety "Nasza Niwa", czekają już na nią z kwiatami, kamerami, mikrofonami, smartfonami. A tu jeszcze nic nie wiedzą. Jedziemy ciemną windą na szóste piętro. - Ona mieszka dwa piętra wyżej, w dwupokojowym. Nie widziałam się z nią ostatnio. Pewnie z Maszą na daczy były, za miastem. Masza to jej najbliższa dusza. A my poznałyśmy się w 1989. Kiedy wyprowadzili wojska z Afganistanu, Swietłana Aleksandrowna organizowała spotkania dla matek. Też byłam, bo jeden z moich synów bohatersko tam poległ. Do duszy nam się dokopała. Zapisywała w notatniku i nagrywała. Potem wyszła książka. O "Cynkowych chłopcach" wtedy wiedzieli wszyscy, wszyscy czytali. Nawet spektakl w teatrze był i transmitowali go w telewizji. Teraz nie widziałam jej książek w sklepach.


Cynkowi chłopcy i portret Łukaszenki

Po drodze do centrum mijam stragan z książkami. - No co też pani mówi, jak to Białorusini nie znają Aleksijewicz? Ci, którzy myślą i czytają, wiedzą - mówi sprzedawczyni. Ma trzy tytuły po jednym egzemplarzu: "Czasy secondhand", "Czarnobylska modlitwa", "Cynkowi chłopcy". Wszystkie po rosyjsku. - Na Białorusi nikt jej nie wydaje, bo to kraj autorytarny, proszę pani.
Centralnyj Kniżnyj Magazin jest przy prospekcie Niezależności. Księgarka odkopała z magazynu i dała na wystawę ("Tylu dziennikarzy tu było i pytało o nie"). "Czarnobylska..." i "Cynkowi..." stoją teraz na podeście, obok portretu Aleksandra Łukaszenki. Sprzedawczyni nie czytała, ale wie, kim jest Aleksijewicz.
Gdy z prospektu Niezależności, obok obelisku z czerwoną gwiazdą i wiecznego ognia, skręcić w podwórko, za garażami trafi się do Galerii U. Budynek mały jak myjnia samochodowa, a mieści muzeum sztuki współczesnej, kawiarnię, wydawnictwo, drukarnię i księgarnię. Gdy powiesz tu po rosyjsku: "Zdrastwujtie!", usłyszysz białoruskie: "Prywytannie!". Po rosyjsku się nie mówi, już lepiej po polsku. A z Aleksijewicz mają jedynie "Czasy secondhand", i tylko po białorusku.
Sami ją wydali dwa lata temu, w piwnicy. Nakład niewielki - 500 egzemplarzy. 8 października o 14.00 zostało im tylko pięć książek. O 14.30 nie mieli już żadnej. Zaczęły się telefony: z Bobrujska, Grodna, Witebska, nawet z Kijowa. Z Mińska dzwoniły księgarnie państwowe. Centralnyj Kniżnyj Magazin zamówił 50 sztuk. Zbiegli więc do piwnicy i w ciągu pięciu godzin dodrukowali pierwsze 30 egzemplarzy. Kolejnego dnia podwoili już cały nakład.
- Warsztat drukarski jeszcze nie ostygł - mówi Jauhien Cichnau, dyrektor wydawnictwa Lohvinau. - Byliśmy przygotowani na dodruk, bo zawsze jesteśmy przygotowani. Tak działamy, żeby się utrzymać. Drukujemy na zamówienie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nasza autorka jest noblistką. Super, jesteśmy jedynym białoruskim wydawnictwem, które przetłumaczyło Aleksijewicz na białoruski.

Z zamówieniami się nie wyrabiają. W ciągu dwóch dni sprzedali w swojej księgarni za garażami 60 egzemplarzy, dwa razy więcej niż przez ostatni rok. Pan w czarnym płaszczu z ministerstwa informacji kupił pięć sztuk. Dodał, że jedzie z nimi na targi do Frankfurtu. - Przypadek? Nie sądzę - śmieje się Jauhien i pokazuje gazetę: Łukaszenka ogłosił, że książki Aleksijewicz od przyszłego roku będą w spisie lektur.

- Na Białorusi nie wydają tej książki, bo się boją. Ale nam nikt nie robił problemów. To zbyt mały nakład, żeby ktoś się przyczepił - mówi. - Aleksijewicz zawsze była tutaj kontrowersyjna. W latach 90. jej bohaterki, matki poległych w Afganistanie, pozwały ją do sądu za "Cynkowych chłopców". Mówiły, że zniekształciła ich słowa, że umniejszyła znaczenie śmierci ich synów. Nie skazali jej, ale pół kraju ją krytykowało. Teraz ona z kolei krytykuje otwarcie Łukaszenkę. Ale naraziła się też opozycji. Mówi rzeczy niepopularne wśród opozycjonistów. No i pisze po rosyjsku. A my mamy bardzo duży kompleks języka białoruskiego.

Nad księgarnią jest niewielki strych. Służy za biuro wydawnictwa. Po godzinach spotykają się tu białoruscy dziennikarze, pisarze i poeci. Właśnie jedzą kiełbasę, piją samogon z plastikowej butelki i oglądają przedwyborcze śmieszne filmiki o Łukaszence.

Siewiaryn Kwiatkouski, dziennikarz Radia Swaboda, mówi, że zna noblistkę od dzieciństwa. Bo Masza, jej przyjaciółka, w czasie studiów wynajmowała pokój od jego babci. On odwiedzał babcię, a Swietłana Maszę. Mówił do niej "ciociu", ale nic o niej nie wie.

Artur Klinau, pisarz, autor "Przewodnika po mieście słońca": - Ona pisze o czerwonym, radzieckim człowieku i nie widzi tego, ile się w kraju pozmieniało. Teraz jest już ambasadorem Białorusi na świecie, ciąży na niej wielka odpowiedzialność. A ona powiela stereotypy: wciąż tylko o Związku Radzieckim, Czarnobylu, Afganistanie. A my już dawno poszliśmy do przodu. Jest kontrowersyjna. W wywiadzie dla niemieckiej gazety powiedziała, że język rosyjski jest bogatszy, daje więcej możliwości niż białoruski. Że białoruski to getto dla pisarza. Wywołała burzę.

Kwiatkouski: - Ale to, co zrobiła w latach 80., zasługuje na najwyższe uznanie. Jej książki wtedy nie były zwykłymi książkami. One rozwalały system totalitarny. Jednak musisz zrozumieć, że w ciągu dekady przerobiliśmy tutaj cztery różne epoki: pierestrojka, rozpad ZSRR, nieograniczona wolność i w 1994 - Łukaszenka. Wydała "Cynkowych..." jeszcze w 1989 roku. I to było mocne. Ale potem dostaliśmy tak dużo świeżego powietrza, że kiedy ją sądzili w 1993 roku, jej głos był już jednym z wielu. A później działo się tyle ważniejszych rzeczy: zamykali całe gazety, wydawnictwa, biznesmenów, torturowali opozycjonistów. Ale nie chcę być pieskiem, który szczeka na słonia, dlatego posłużę się metaforą. Nie lubię futbolu, ale kiedy wygrywa białoruska reprezentacja, bardzo się cieszę. Z drugiej strony, gdyby pisała o białoruskiej kulturze, pewnie Nobla by nie dostała.


Klinau: - W zeszłym roku, gdy spekulowano o jej nominacji, w Mińsku zaczęli szykować petycję, żeby nie przyznawać jej nagrody. Teraz widzę u niej wielką zmianę. Na konferencji prasowej podkreśliła, że jej dziadek uczył się z klasykiem białoruskiej literatury Jakubem Kołasem i że jest Białorusinką.


Czas ciągnie na barykady

8 października spodobała się opozycjonistom. Bo swoją pierwszą noblowską konferencję prasową zwołała w redakcji opozycyjnej, białoruskojęzycznej "Naszej Niwy". Spodobało im się, że trzymała białe i czerwone kwiaty, i to, co mówiła dziennikarzom: "Ta nagroda to honor nie tylko dla mnie, ale dla naszej kultury i naszej małej ojczyzny. Czuję się człowiekiem białoruskiego świata. Białoruska władza udaje, że mnie nie ma. Nie drukują mnie, nie mogę nigdzie występować. Gdybym miała zagłosować, zagłosowałabym na Taccianę Karatkiewicz. Ale nie pójdę na wybory, przecież wiemy, kto wygra. Na pewno zdobędzie 76 proc.". Trzy dni później zdobył 83,49 proc.

Zrobiła na nich wrażenie, bo bojkot był ich główną strategią na te wybory. W tym roku nikt publicznie jej nie skrytykował. Podzielona wewnętrznie opozycja jednogłośnie ją poparła. Już w pierwszej godzinie, jeszcze przed Łukaszenką, pogratulował jej były kandydat opozycji Mikoła Statkiewicz (właśnie wyszedł z więzienia). Pogratulowała jej też tegoroczna opozycyjna kandydatka na prezydenta Tacciana Karatkiewicz. (Statkiewicz się od niej odciął).

W sobotę, w przeddzień wyborów, opozycjoniści wyciągnęli z szaf biało-czerwono-białe zakazane flagi i ruszyli przez Mińsk. Media mówiły, że były ich dwa tysiące. Szli kolumną po chodnikach, zatrzymywali się na każdych światłach. Przejścia dla pieszych okazały się przekleństwem. Rozbijały kolumnę. Gdy zapalało się czerwone, milicjanci wychodzili na skrzyżowanie i wstrzymywali ruch na jednym pasie na siedem-osiem minut, tak żeby opozycjoniści z jednego pasa nie mogli dogonić tych z drugiego. Na szerokim prospekcie Niezależności tworzył się korek.

Specnaz był po cywilnemu. Chcieli wtopić się w tłum, ale nie pozwalały im na to czarne skórzane kurtki, bawełniane ciasne czapki i słuchawki w uszach. Na czele pochodu szedł Statkiewicz. Między transparentami: "Tyran", "Chcemy żyć", "Przywróćcie nam głos", największy był ten z cytatem z nowej noblistki: "Nie jestem człowiekiem barykad, ale czas ciągnie na barykady, bo nie można pogodzić się z tym, co się dzieje".

 



Po co mi pani prawda. Mnie potrzebny syn bohater

O Maszy, czyli pisarce i poetce Marii Wojcieszonek, mówią wszyscy, ale nikt nie ma do niej numeru. Agentka Swietłany Aleksijewicz też nie ma, daje mi numer do Borysa Pasternaka, rosyjskiego wydawcy.



Pasternak: - Poznaliśmy się w Mińsku. Swieta i Masza przyszły do "Sielskiej Gaziety" na praktyki w 1970 r. Byłem zastępcą sekretarza redakcji. Od razu było widać, że Swieta przewyższa nas poziomem. Miała solidne literackie podstawy. Umiała wysłuchać człowieka. Potem zresztą mówiła, że jest człowiekiem ucha. Od razu przylgnęła do pisarzy: do Wasila Bykaua i Alesia Adamowicza. Z Adamowiczem pracowała nad jego książkami. Wyuczył ją warsztatu. Potem Adamowicz z Bykauem zrzucili się, kupili jej dyktafon i wysłali, żeby zaczęła zbierać historie ludzi.

Pierwszą książkę pisała długo. Gdy skończyła, zrozumiała, że ma już rzemiosło w ręku. Odeszła z gazety. A brudnopis "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" przeleżał dwa lata, nikt nie chciał go drukować. Uratował ją Gorbaczow z pierestrojką. Mołodaja Gwardia wydała ją w Moskwie w 1985 r. I to był przełom. W końcu ktoś dał głos ofiarom wojny, powiedział, że wojna to coś strasznego. Pamiętam, jak żywo reagowało społeczeństwo. Niekończące się spotkania, dyskusje, zebrania. Weterani podnieśli alarm, że oczernia bohaterstwo. Mówiono, że zdradziła naród i ideały. Omawiano jej książkę tak, jak kilkanaście lat wcześniej dzieła Borysa Pasternaka czy Josifa Brodskiego.

Potem, po wydaniu "Cynkowych chłopców", ci sami przeciwnicy doprowadzili do procesu w 1993 r. Namówili matki poległych, by pozwały Swietłanę. Byłem na jednym z tych posiedzeń. Kobiety zarzucały jej, że wyjęła tylko część z ich opowiadań, że przedstawiła tylko najgorsze rzeczy, że oczernia ich dzieci i całą ojczyznę. Swietłana się broniła: "Przecież to prawda, pani mi to mówiła, mam nagranie na dyktafonie". Wtedy jedna z kobiet krzyknęła: "Po co mi pani prawda. Mnie potrzebny syn bohater".

Proces trwał zaledwie kilka miesięcy, nie osądzili jej, nikt jej nie groził, ale było jej ciężko. Współczuła tym kobietom. Zdecydowała, że przy najbliższej okazji wyjedzie. Stypendium dostała siedem lat później. Spędziła za granicą 13 lat. I zawsze była tam gościem, turystką. Nigdy nie nauczyła się dobrze żadnego języka. Tam zajmowała się materiałem, który zebrała tutaj. Zresztą dobrze się jej tam pracowało. Nikt jej nie przeszkadzał, ona nie jest zbyt towarzyska, poświęca się pracy.

Nasze wydawnictwo powstało w 2000 r. W Rosji, bo tam są większe możliwości. Przestali tam wydawać książki Swietłany, bo mówili, że nie ma popytu. My zaczęliśmy wydawać to, co już się ukazało. Drukowaliśmy po trzy tysiące. Dbaliśmy, żeby zawsze kilka egzemplarzy leżało na półkach. "Czasy secondhand" pisała długo. Przekroczyła wszystkie możliwe terminy. Czekaliśmy na dwa ostatnie rozdziały, a razem z nami czekały wydawnictwa w Niemczech, Francji i Szwecji - oni już zdążyli przetłumaczyć cała resztę. Ale nie doceniliśmy jej skrupulatności. Gdy w końcu oddała te rozdziały, powiedziała, że musi je przepisać na nowo. Czuła, że struna jest nie dość napięta. Wtedy już wiedziałem, że będzie Nobel. Gdy skończyła, miała załamanie nerwowe. Mówiła, że nie wie, jak ma dalej żyć, że wokół niej pustka. Odpowiadałem: pojeździsz, odpoczniesz. Ale ona nie lubi odpoczywać. Już ogłosiła, że zaczyna dwie nowe książki: o miłości i o starości. Do Mińska wróciła zbierać materiały, znów wyrusza z dyktafonem.

Pasternak Maszę zna. Wie, że jest na daczy.

 



Kwiatek jak kwiatek

Nie mają samochodu - ani ona, ani Swietłana. Przyjeżdżają tu autobusem albo znajomy Arkadij je podrzuci. Z Mińska to 40 kilometrów. Autobus zatrzymuje się na początku wsi. Idzie się pięć kilometrów przez wioskę. Dom jest drewniany, z wielką werandą. Z tyłu sad. W samym środku jest piec, postawiony tak, żeby ogrzewał każdą izbę. Ostatnio znacznie się ochłodziło. - Tu rzeczka Isłacz dyktuje klimat. Otacza wioskę niczym półwysep. Jest tak czysta, że miejscowi łowią pstrągi. Tu zawsze chłodniej niż w Mińsku o 2-3 stopnie. Więc każdego ranka palę w piecu. Wtedy nie można mnie rozpraszać. Ogień to poważna sprawa. A ja jestem spod znaku Strzelca, ogień to mój żywioł - mówi Maria Wojcieszonek.

Maria w każdą niedzielę puszcza na cały regulator mszę św. z radia. Żeby każdy duch w domu usłyszał.

A gdy ktoś podchodzi po dom, Maria wygląda. - Swieta śmieje się ze mnie, pyta, czy w Mińsku też będę tak przed blok wychodzić. Ale tu jest głucha wioska, trzeba sprawdzić, kto czego szuka - mówi. Masza nie lubi być w mieście, woli tu. Przyjechała 20 kwietnia i pojedzie po 20 października do bloku w Mińsku. Pół roku tu, pół roku tam. Teraz już wszystko zabezpiecza przed zimą. - To chłodna chata, letnia. Kupiłyśmy ją ze Swietą 25 lat temu. Trudno było, jeszcze nie pozwalali brać nieruchomości. Ale ta kobieta z Centralnego Komitetu, Smieszkowa, to dobry człowiek! Dała nam pozwolenie i pojechałyśmy do gospodyni. Pod stołem walała się kartka z zeszytu, spisałyśmy na niej potwierdzenie zakupu.

Poznały się jeszcze w "Sielskiej Gaziecie". Obie pisały o wsi, wyjeżdżały na materiał za miasto. Chciały mieć tu swoją pracownię. - Ja wiedziałam, że ziemia to odpowiedzialność. Założyłam sad. Chciałam, żeby było dużo kwiatów, nie tylko ziemniaki i buraki. Chciałam być bliżej tych ludzi. Pokazać im, że szanuję ich pracę. Ci ludzie z wiosek są piękni, otwarci, nie bronią się, nie zakładają masek.

Gdy Swietłana przyjeżdża, jeżdżą na bazar do Zasławia. - Chcemy popatrzeć na ludzi, oni zawsze są tacy portretowi. Porozmawiać z nimi, wziąć coś z ich rąk.

Maria mówi, że ona i Swietłana różnią się od siebie. Mówi, że reportaż to nie jej gatunek. Trafia do niej bardziej Murakami. Maria sama pisze prozę i poezję, tylko po białorusku, bo po rosyjsku nie czuje. - Nie tylko w tym się różnimy. Nigdy nie umiałam zrozumieć, jak ona może nie rozróżniać gatunków kwiatów, nie znać ich imion. Swieta zawsze macha na to ręką: kwiatek jak kwiatek.

Gdy były razem na Gotlandii na stypendium, przewodniczka oprowadzała je po ruinach świątyni. A im tak zachciało się ożywić te mury, przywołać duchy. Odłączyły się od grupy i zaczęły zapalać świece. Zgubiły się i długo krążyły.

Gdy Swieta dostała Nobla, Masza zapłakała. Wyciągnęła podobiznę Matki Boskiej Śnieżnej, którą przywiozła z Rzymu, i dusza jej się otworzyła. Prosiła, żeby Swieta wytrzymała, żeby siły miała.

Nie widziały się od 8 października. Maria dowiedziała się o Noblu, bo dziennikarze zaczęli dzwonić na stacjonarny. Mówili, że w redakcjach otwierają szampany, ludzie się przytulają, trwa święto narodowe. - Dzwonili też mieszkańcy Isłaczy. Płakali do słuchawki: "Oj, to przecież u nas, w naszej wiosce". Nie wiedzą, co z tym zrobić, jak to przeżyć. Ja sama nie wiem. Wszystkim nam potrzebne takie święto. Chcemy odrobiny godności.

Dopiero następnego dnia Swietłana przysłała Marii kwiaty. Arkadij przywiózł pięć bukietów. - Nigdy nie widziałam takiej florystyki, kolorów, złożonych bukietów. Widać, że były drogie, że robili je specjaliści. Takie kwiaty mogła przysłać tylko Akademia Szwedzka.

Zobaczą się dopiero, gdy Swietłana wróci ze świata. Pewnie już w Mińsku. Mają do siebie blisko, mieszkają na tym samym piętrze. - Odwiedzamy się, rozmawiamy, ale Swieta cały czas pracuje. Już pisze kolejną książkę. I już nasłuchuje, chce ten temat usłyszeć. Mówi mi, że ma problem, bo tonacji nie może określić. U niej pisanie to muzyka. I wciąż szuka bohaterów.

Maria też jest jej bohaterką. W "Czasach secondhand" opisuje swoje dzieciństwo na Ałtaju, wspomina polskich przodków. - Czasem mam wrażenie, że jej jest ze mną interesująco przez te moje przełomy i perypetie. Ona cały czas szuka człowieka w swoim rozmówcy. Intensywnie umie słuchać. W jej towarzystwie chcę być zawsze bardziej interesująca. Człowiek chce się podciągnąć do jej rozumu, manier, zachowania. I chce się jej od razu powiedzieć o wszystkim, wyspowiadać ze swojej prawdy.

Z balkonów ich mińskich mieszkań widać rzekę. Gdy patrzysz przez okno z ósmego piętra, masz wrażenie, że stoisz na samym brzegu. - Woda dobrze wpływa na Swietę, koi, poprawia nastrój. Ona jest spod znaku Bliźniąt, to jej żywioł. Często spaceruje po bulwarze pod domem. I zawsze powtarza, że bez Boga to nie mogło się tak zdarzyć, żeby tak żyć. Gdy przyjeżdża, jej pierwsze słowa to: "O Boże, jak u nas pięknie!". Zawsze się temu dziwię, bo dopiero co wróciła z Paryża czy Mediolanu. I jak wraca, to idziemy do Lido przy prospekcie Niezależności. Ja zawsze biorę świńskie ucho zapieczone z grzybami, a Swieta draniki. I to akurat prawda, że nigdzie nie ma lepszych niż tam.

 

Originally published: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,148344,19021836,nobel-dla-aleksijewicz-bialorus-sie-cieszy.html